Fot: NASA / JPL-Caltech
Fot: NASA / JPL-Caltech
Wczoraj minął okrągły rok od wydarzenia w Czelabińsku, którym żyła chyba większość naszej planety. Piętnastego lutego w Rosji w okolicach Uralu, w obwodzie Czelabińska spadł deszcz meteorytów, który spowodował bardzo wielkie zniszczenia. O tym, czego Nas nauczyło to wydarzenie oraz czy jesteśmy dobrze zabezpieczeni przed ewentualnym zagrożeniem z kosmosu mówili dr Tomasz Rożek, fizyk oraz Karol Wójcicki z Planetarium "Niebo Kopernika". Czy wydarzenie to w czymkolwiek Nas uświadomiło? - Raczej potwierdziło się to, że właściwie nic nie wiemy. Faktycznie tego dnia systemy ostrzegania i wykrywania obiektów, które potencjalnie mogą nam zagrażać, informowały o obiekcie, który może zbliżyć się na niewielką odległość do naszej planety. Ale to była planetoida 2012 DA14 która miała wieczorem przelecieć w pobliżu Ziemi. Okazało się, że w przypadku Czelabińska nie wiedzieliśmy absolutnie nic. Zostaliśmy całkowicie zaskoczeni. Jeśli się więc czegoś nauczyliśmy, to tego, że nadal nie jesteśmy w stanie przewidzieć wielu zjawisk - powiedział Wójcicki. Powiedzenie "mądry Polak po szkodzie" chyba nieco pasuje do sytuacji. Dopiero po zdarzeniu otworzyły się oczy naukowcom oraz politykom. Odbyło się wiele konferencji na temat unowocześniania systemów wczesnego ostrzegania przed zagrożeniem płynącym z Kosmosu. Jak powiedział dr Tomasz Rożek: - Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że Ziemia jest częścią Kosmosu, a Kosmos to nie jest miejsce stabilne. To nie jest miejsce pokojowe. My siedzimy na Ziemi, oglądamy piękne gwieździste niebo i nam się wydaje, że to jest takie stałe i piękne. To jest piękne, ale to piękno wynika z pewnego rodzaju chaosu (mówiąc chaosu nie miałem zamiaru powiedzieć czegoś, co przeczy prawom natury), który wynika z braku naszej wiedzy na temat tego, co się wokół nas dzieje.

Coraz więcej mówi się o możliwości zmiany trajektorii lotu asteroidy, ale czy rzeczywiście jest to możliwe? - Fizyka jest nieubłagana. Gdybyśmy nawet do niej dolecieli i taką dużą skałę wysadzili, to jej kurs i tak nie uległby zmianie. To by tylko spowodowało, że zamiast jednego kawałka, który uderzy w Ziemię, uderzyłyby setki takich kawałków. Nie wiem co lepsze. Teoretycznie moglibyśmy dolecieć do takiej skały (która porusza się z prędkością kilkudziesięciu, kilkuset tysięcy km/h), zacumować statki i silniki manewrowe i postarać się ją zepchnąć. Fizyka dopuszcza takie rozwiązanie, jednak jak na razie nie mamy wystarczającej technologii, żeby zepchnąć go ze swojej orbity - dodał dr Rożek. Według Wójcickiego nie warto się ewakuować: - Pamiętajmy, że obserwacje takich obiektów z tak dużych odległości w tak dynamicznie zmieniających się warunkach są niedokładne. Dobry przykład - satelity, które krążą na naszej orbicie i co jakiś czas wpadają do atmosfery - nigdy nie jesteśmy w stanie podać z przybliżeniem, w którym miejscu dokładnie upadną. Oczywiście w przypadku planetoid i meteoroidów wygląda to trochę inaczej, ale pamiętajmy, że skala zniszczeń do jakich może dojść podczas upadku takiej skały jest olbrzymia i zastanawiam się na ile jakakolwiek ewakuacja daje sens. Mówimy wtedy o próbie przetrwania, o budowie arki Noego, schronów, które zapewnią przetrwanie. Wnioskując, nie mamy szans na przetrwanie. Jeśli będzie miało dojść do globalnej katastrofy to po prostu do niej dojdzie, bo dzisiejsza technologia nie może Nam zagwarantować bezpieczeństwa. Jak powiedział dr Rożek: - Nie mamy technologii do obserwacji niewielkich skał. Ale nawet jeśli udałoby nam się zobaczyć asteroidę, nawet jeżeli na 100 proc. wiedzielibyśmy, gdzie dokładnie uderzy, to jedyne co możemy zrobić to rozłożyć sobie koc i liczyć na to, że przynajmniej będą ładne widoki w tych ostatnich sekundach.

Źródło: TVN24 Biznes i Świat



  • Zgłoś: Nadużycie
  • Numer artukułu: 1830
  • Utorzony: 16-02-2014, 19:39:08, CET przez: gosia
  • Ostatnia modyfikacja: 16-02-2014, 19:39:08, CET przez: gosia
  • Odsłon: 2439 ( z czego 1 - w ostatnich 24h)